Fundacja Arka

Bydgoszcz

Pieczyska k./ Bydgoszczy, n. Zalewem Koronowskim, 14-21 X 2009

Teksty z gazetki PieczyskARKA
przygotowanej przez uczestników Spotkania integracyjnego osób niepełnosprawnych,
zorganizowanego przez Fundację Arka - Bydgoszcz

PieczyskARKA

Ten nasz zbiorowy uśmiech to dowód wdzięczności dla niewidomej z Bydgoszczy, Krysi Skiery, która sprytną nazwę dla "razówki" wydumała.
Potomnym to uświadamiamy, że "PieczyskARKA" to łajba pojemna. Łaskawa ciepłem na kraj promieniująca, integrująca ludzi dotkniętych niefartem.
Spieszmy się ich kochać, nim odpłyną w siną dal.

W imieniu Trzymających Pióro -
Stanisław Ciara


 

Zespól redakcyjny tworzyli:
Regina Adamowicz, Stanisław Ciara, Krystyna Dzierzbicka, Zofia Dzierzbicka, Andrzej Jakubiczka, Danuta Marcinek, Aneta Maternicka, Magdalena Maternicka, Małgorzata Morawska, Kazimierz Morawski, Małgorzata Nowak, Magdalena Owsianko, Krystyna Pilecka, Krystyna Skiera, Łucja Szcześniak, Izabela Szcześniak, Ludmiła Raźniak, Elżbieta Zdzitowiecka pod redakcją Hanny Kaup

Warsztaty dziennikarskie poświęciliśmy tym razem próbom oswojenia trudnej sztuki reportażu. Uczestniczyliśmy w zajęciach grupy tanecznej i śpiewaczej, deptaliśmy po piętach fotografom. Potem, na zespole redakcyjnym, omawialiśmy sposoby wykorzystania zdobytych materiałów, ustalaliśmy szczegóły, sprawdzaliśmy autorstwo wypowiedzi i poprawność cytatów. Dzieliliśmy się wrażeniami i ? jak przystało na dziennikarzy - nawet trochę kłóciliśmy o te wrażenia. Potem każdy z nas dostał zadanie. Zmierzyliśmy się z reportażem. Nie wszystkim udała się ta sztuka. W naszej gazecie publikujemy prace, które są owocem ? jak zwykle zbyt krótkich, ale - bardzo intensywnych warsztatów.
A to my, Wasze pismaki.

Słownik wyrazów trudnych i mało zrozumiałych

ARKA - Fundacja z Bydgoszczy (rodzaj sekty lub zakonu) o charakterze jałmużniczym, zajmująca się wyłudzaniem pieniędzy od różnych instytucji i trwonieniem ich na hulanki, swawole oraz inne uciechy ciała i ducha ludzi niepełnosprawnych z całej Polski.

KAPCZYŃSKA DANUTA - dziewczyna szamana, która taniec traktuje jak modlitwę wciąga w swe pląsające obrzędy wszystkich napotkanych na drodze, niezależnie od ich płci, rasy, wyznania oraz stanu ducha i ciała.

KAUP HANNA - szalona dziennikarka o temperamencie nadzorcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jako naczelna redaktorka może być koszmarem sennym każdego dziennikarza.

MICHALSKI JANUSZ - strażak, którego powołaniem stała się fotografia. Dotąd nie ustalono, czy zamiast gasić pożary wolał je fotografować. Faktem jest, iż fotografuje wszystko i wszystkich, do czego skutecznie namawia innych.

OLSZEWSKA BARBARA - niezatapialna szefowa ARKI, która sprawy trudne załatwia w trzy dni, a niemożliwe - w dwa. Z upodobaniem zajmuje się integrowaniem osób w różny sposób przetrąconych. Bez niej ARKA nie wypłynęłaby nigdzie.

PASZCZA - element budowy różnych przedstawicieli fauny i flory, a także przedmiot sporów dziennikarzy w toczącej się dyskusji: Paszcza jako taka, a jak nie taka, to jaka?

WYJĄTKI - uczestnicy warsztatów muzyczno-wokalnych wyrażający przekonanie, iż od znajomości tekstu i melodii utworu ważniejsza jest spontaniczność, czyli pełny luz i niczym niepohamowana ekspresja.

ŻAGIEL - Wojskowy Ośrodek Wypoczynkowy w Pieczyskach k/Koronowa. Miejsce odosobnienia grupy osób niepełnosprawnych skoszarowanych tam celem poddawania ich wymyślnym torturom w postaci warsztatów wokalno-muzycznych, tanecznych, dziennikarskich, teatralnych i fotograficznych. Otoczony lasem i wodą ośrodek uniemożliwia jakąkolwiek ucieczkę, co powoduje, iż uczestnicy w końcu z lubieżną i masochistyczną ochotą poddają się owym zabiegom, które wraz z upływem czasu przybierają formę sabatu czarownic.

Pirania

Od dziennikarstwa do tańca

Piaty raz Fundacja Arka Bydgoszcz zaprosiła osoby niepełnosprawne na spotkanie integracyjno-warsztatowe. Przez siedem dni w Pieczyskach nad Zalewem Koronowskim uczestnicy pracowali w grupach: fotograficznej, dziennikarskiej, muzyczno-wokalnej i tanecznej.


Ja wybrałam dziennikarską. Uświadomiłam sobie, jaką korzyść może przynieść podstawowa wiedza o tej pracy. W trzecim dniu zajęć podglądałam zmagania 15-ososbowej grupy muzyczno-wokalnej. Prowadziła ją Ludmiła Małecka. Zauważyłam, że wszyscy byli bardzo zaangażowani. Uczyli się oddechu, ćwiczyli przeponę, parskanie, otwieranie "paszczy", układanie języka oraz wyraźne wymawianie głosek. Agnieszka Polityka prezentowała, jak się śpiewa wysokie dźwięki. Przez ćwiczenia regulowała oddech i wydobywała głos ze ściśniętego gardła. Wierzę, że jej się uda, ponieważ kocha muzykę, która jest radością, natchnieniem, pięknem. - Bez niej życie byłoby szare - powiedziała mi.
W międzyczasie Tomek i Łukasz rywalizowali o piosenkę "Przeżyj to sam" zespołu Lombard. Kiedy jednak zaśpiewał ją Krzysiu Marciński, zachwycił mocnym głosem. Muzyka ? jak mówił - sprawia mu satysfakcję, dodaje sił i radości. Bez niej nie mógłby żyć. Muzyką są dla niego także odgłosy przyrody.


Po spotkaniu z muzykami poszłam na warsztat tańca. Prowadziła go Danuta Trzebińska-Kapczyńska.
W grupie - 16 osób, w tym dwie na wózkach inwalidzkich. W kręgu pokazywały taniec-modlitwę i taniec z wachlarzami. Widziałam poczucie rytmu, zaangażowanie, jedność i wspólnotę niepełnosprawnych. Dla nich muzyka relaksująca to lekarstwo na całe zło, bo łączy wszystkich. Tworzy atmosferę ekstatycznego uniesienia. Jest podziękowaniem za łaski i prośbą o kolejne.
Dzięki uczestnictwu w warsztatach tanecznych i muzycznych uświadomiłam sobie, jakie korzyści niesie osobom takim jak ja nauka tańca i śpiewu.

Izabela Szcześniak - Owińska


 

Dlaczego ludzie piszą

To pytanie zadawałam uczestnikom warsztatów dziennikarskich podczas ich pobytu w Wojskowym Domu Wypoczynkowym Żagiel w Pieczyskach. Przyjechali tu z Krakowa i Kłodzka, Gorzowa i Szczecina, Koszalina i Torunia, Kielc i Tarnowa; jednym słowem - z całej Polski.

Różne bywają powody, dla których ludzie piszą. Tych, którzy nadesłali swoje prace na konkurs Fundacji Arka Bydgoszcz, cechuje altruizm, czyli chęć dawania siebie innym, ale także potrzeba bycia docenionym za swoją twórczość.

Być ważnym dla siebie

- Pisanie jest dla mnie sposobem na zaspokojenie ambicji - powiedział Zenon Miszewski z Ustki. - Kiedyś były to ambicje muzyczne, których dziś nie mogę realizować ze względu na niesprawną rękę. Z czasem pisanie stało się dla mnie zamiłowaniem. Zauważyłem, że mało umiem i niepotrzebnie pałam niechęcią do ludzi, którzy mi zwracają uwagę. W miarę zdobywania wiedzy, rośnie we mnie chęć do przebywania z tymi, którzy wiedzą więcej i uczenia się od nich. W ten sposób zrodziło się we mnie coś w rodzaju pasji. Stałem się kimś ważnym dla siebie. Satysfakcję sprawia mi, że mogę swój tekst komuś przeczytać lub zobaczyć w formie drukowanej.

Pisanie leczy

Z kolei Agata Krzyżanowska, która działa w toruńskich stowarzyszeniach dla osób niepełnosprawnych, powiedziała:
- Zainspirowana przez lekarza-rehabilitanta zaczęłam pisać listy i dzienniki, ale lądowały w szufladzie. Dopiero po Chojnickiej Nocy Poetów zdecydowałam się tworzyć wiersze i wyjść z nimi do ludzi. Kontakt z poezją cudzą i własną biegł różnymi etapami. Ostatnio znów wróciłam do dzienników, ponieważ po śmierci koleżanki odczuwam brak weny do pisania wierszy. Liczę, że ona wróci po ?wstrząsach?, jakie tu przeżywam.
Z Torunia przyjechała także Elżbieta Szklarska. Zdradziła mi, że pisze na konkurs, gdy spodoba się jej temat i czuje, że ma coś do przekazania innym.

A jednak terapia

Z przeprowadzonych przeze mnie rozmów wynika, że powody, dla których ludzie piszą, są bardzo różne. Jedni chcą odreagować własny stres i wyrzucić z siebie emocje; inni - dowartościować się, zwłaszcza kiedy ich tekst zdobywa uznanie w środowisku lub jest publikowany i nagradzany. Uważam jednak, że piszący muszą być świadomi niebezpieczeństw i pułapek, które na nich czyhają. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy są przekonani, że powinni pisać nawet wtedy, jeśli nie posiedli takiej umiejętności. Jeszcze gorzej jest, gdy utwierdzą się w przekonaniu, że są prawdziwymi twórcami. Z kolei dla wielu osób niepełnosprawnych pisanie to swoista, najlepsza i najskuteczniejsza terapia.

Elżbieta Zdzitowiecka - Gorzów Wlkp.

Książki, które mówią

Jestem niewidoma od urodzenia, dlatego od wczesnego dzieciństwa musiałam jakoś układać swoje życie. Jako ośmiolatka zaczęłam uczęszczać do szkoły dla dzieci niewidomych i niedowidzących we Wrocławiu. Tam pierwszy raz zetknęłam się z pismem punktowym i od tej pory chciałam jak najszybciej je poznać. Od zawsze lubiłam książki, które przed pójściem do szkoły czytali mi rodzice. Teraz pracowałam nad pismem Braile?a, by samodzielnie je czytać. W szkole wypożyczałam książki z biblioteki, potem - z Biblioteki Centralnej Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie za pomocą Poczty Polskiej. Zastanawiałam się wielokrotnie, jak powstają te twory, które nazywają książką. Nie myślałam, że po kilku latach spotkam osoby, zajmujące się przygotowaniem takich książek. Zdarzyło się to właśnie w Pieczyskach. Tu przyjechała zawodowa korektorka książek brajlowskich Katarzyna Markiewicz. Zajmuje się też tworzeniem ich wersji dźwiękowych. Spotkałam również dyrektorkę okręgowej biblioteki PZN w Bydgoszczy Krystynę Skierę. Poprosiłam panie o rozmowę o zasadach korekty i książce mówionej.

Dziś to nie to, co kiedyś

- Książka powstaje około trzech, czterech tygodni, z tym że na przestrzeni ostatnich lat nastąpiła bardzo duża ewolucja - powiedziała Katarzyna Markiewicz. - Wycofano sporo ciężkich maszyn, metalowych płyt zecerskich i innego przestarzałego sprzętu oraz oprzyrządowania na korzyść elektroniki i komputeryzacji. Obecna praca zasadniczo różni się od tej sprzed 20 lat. A jeśli chodzi o skracanie długiego tekstu, to stosuję przecinki, a wyrzucam tylko takie wyrazy, które nie mają znaczenia dla całości.
Pani Katarzyna wyjaśniła również, na czym polega praca korektora:
- Czytam dostarczany mi tekst i wszystkie zauważone uchybienia poprawiam. W naszym zawodzie istnieje metoda czterech, a nawet sześciu oczu, tzn., że po mojej korekcie tę samą pracę może wykonywać ktoś następny. Daje to większą pewność wyeliminowania błędu.
Okazało się, że pani Katarzyna korektorem została z przypadku. Studiowała matematykę, jednak z przyczyn osobistych musiała przerwać studia i nawet dobrze nie pamięta, jak to się stało, że pracuje w tym zawodzie. Przygotowane przez nią książki są powielane i rozsyłane do bibliotek w całej Polsce.

Niewidomi czytają więcej

Książki Katarzyny Markiewicz dostaje także bydgoska biblioteka, w której pracuje Krystyna Skiera. To ona powiedziała mi, jak zmieniła się rola bibliotekarza na przestrzeni ostatnich lat: - Na początku działalności biblioteki miałam wyłącznie książki brajlowskie w liczbie 4 tys. tomów, które zajmowały bardzo dużo miejsca. Sytuacja zmieniła się na lepsze, gdy zaczęto wydawać tzw. książki mówione, czytane przez znakomitych aktorów polskich, nagrane na kasety magnetofonowe. Rewolucją w tym zakresie było jednak wprowadzenie komputeryzacji. Obecnie na malutkich urządzeniach zwanych czytakami, można zmieścić nawet kilkadziesiąt książek. Są one nagrywane także na płyty kompaktowe. To wszystko spowodowało, że dziś na małej powierzchni zgromadziliśmy bardzo dużo tytułów. Nasza biblioteka ma 300 stałych czytelników i ok. 400 wypożyczeń miesięcznie. To znacznie więcej niż w bibliotekach powszechnych, co stanowi ewenement. Okazuje się, że osoby, którym czytanie powinno sprawiać trudności, znacznie częściej sięgają po książkę, niż ludzie zdrowi. To zjawisko bardzo krzepiące i utwierdzające mnie w głębokim sensie tego, co robię.

Małgorzata Morawska z opiekunem Kazimierzem Morawskim (na zdj. obok) - Złoty Stok

Warto czytać

Bardzo lubię zdobycze dzisiejszej techniki. Myślę, że większość tak ma. Jednak wiem też, że te wszystkie esemesy, maile i telefoniczne rozmowy wyzwalają w nas lenistwo. Bo kto nie lubi usiąść w wygodnym fotelu z filiżanką pysznej kawy lub herbaty i odtworzyć z kasety magnetofonowej ulubioną książkę-
Ale można pójść dalej.

Są dziś biblioteki internetowe. Logujemy się w nich i ścigamy co dusza zapragnie, a potem wystarczy kilka kliknięć myszką (można klawiaturą - tak robię ja) i gotowe. Książkę czyta mi aktor lub elektroniczny lektor. Ten kontakt z literaturą preferują niewidomi.
Ludzie czytający czarnodruk coraz częściej sięgają po tę formę kontaktu z literaturą, ale w końcu wpadnie im w ręce książka w brajlu czy w czarnodruku i może się okazać, że palce już nie potrafią czytać, a i oczy niechętnie obejmują tekst. W ten sposób popadamy we wtórny analfabetyzm. Na szczęście mnie, od jakiegoś czasu, udaje się tego uniknąć.
Proponuję więc wszystkim leniwcom odnowić przyjaźń z książką, ale też nie spychać do lamusa komputerów i innych elektronicznych cudów. Wszak potrzebna jest równowaga. Pamiętajmy, książka jest naszym przyjacielem i nie odbiera możliwości odpoczynku w wygodnym fotelu z filiżanką pysznej kawy lub herbaty. Dołączmy do grupy prawdziwych miłośników książki, a jej młodszy brat komputer niech nam w tym pomaga, a nie ją zastępuje.

Zofia Dzierzbicka


 

Diabelska Krystyna

W samym środku Bydgoszczy jest biblioteka związku niewidomych. Nosi nieoficjalna nazwę ?Pod diabłem?. Od lat pracuje tam Krystyna Skiera. Jej pasją jest kolekcjonowanie czarnych stworów z ogonami. Nie tylko polskich.

Ponieważ Krystyna Skiera miała trudności z pomieszczeniem zbioru swoich ulubieńców, przywiodła je w miejsce pracy i ustawiła wśród książek, a właściwie na górnych półkach nad książkami. Wśród nich jest też zalążek kolekcji książkowej o diabelskiej tematyce: -Diabelski tandem- i ?Diabelski walc?. Diabelska rodzina Krystyny składa się z 50 okazów różnej wielkości, kolorystyki i tworzywa. Kobieta kocha swoich podopiecznych i wciąż zdobywa nowe okazy. Lubi o nich opowiadać, serdecznie, ciekawie i wyczerpująco. Bo każdy diabeł ma swój charakter. Niektóre są złośliwe, a te, które szczerzą zęby - groźne. Inne łagodniejsze, nawet uśmiechnięte. - Pochodzą z różnych źródeł - mówi Krystyna. - Każdy z nich ma odrębną historię. Np. z wycieczki do Kowna przywiozłam dwa, a z Wilna - jeden. Inne podarowali mi członkowie rodziny i przyjaciele. Niektóre kupiłam na jarmarkach i odpustach. Zbierałam je przez pięć lat. Są nie tylko czarne, ale i kolorowe. Jeden nawet biały. Rzeźbione w drewnie, robione z włóczki, drutu, gipsu czy metalu.
Gdy Krystyna relacjonuje historie o diabłach, ja przyglądam się im. Jeden ma na ogonie serce. Niektóre w złośliwości szczerzą zęby, inne przerażają ironicznym uśmiechem. Te trzymają widły, tamte - kaszubskie - grają na skrzypcach. Są też uwodzicielskie z napisami: ?Przy mnie nie zmarzniesz?, ?Diabelnie urocza z ciebie babka?, ?Skuś się na mnie??
Kolekcjonowanie diabłów to dla Krystyny marzenie całego życia. ? Dziadkowie od dzieciństwa czytali mi bajki o diabłach i odtąd miłość do nich rosła we mnie ? opowiada. ? Po przejściu na emeryturę zaczęłam je gromadzić. Darowane przez rodzinę i przyjaciół są szczególnie bliskie mojemu sercu. Ostatnio wnuk podarował mi na imieniny małego diablika, którego noszę przy sobie z pękiem kluczy. Nigdy nie zbierałam aniołków. Wydawały mi się za grzeczne. A diabełki swym charakterem urozmaicają życie. Staje się ono barwniejsze i ciekawsze. Marzę, żeby nazbierać ich tyle, by można było założyć muzeum z całą atmosferą piekła, ze wszystkimi akcesoriami tortur i beczkami smoły. Czytelnicy przychodzący do biblioteki chętnie oglądają moją kolekcję. Niewidzącym zdejmuję pojedyncze eksponaty, oni zaś oglądają dotykiem charakterystyczne cechy każdego z nich. Wśród znajomych i rodziny zdobyłam miano diabelskiej Krystyny. Mówią, że zaprzedałam duszę diabłom. Ja zaś odpowiadam ze spokojem: żadnego cyrografu nie podpisywałam.

PS. Słyszałam, że wydarzenia w bibliotece ?Pod diabłem? urosły do legendarnej opowieści. O pólnocy diabły schodzą z półek i urządzają swoje harce, brzęcząc łańcuchami, tańcząc i chichocząc przeraźliwie. Przygrywają im na skrzypcach diabły kaszubskie. Podobno słychać jęki dręczonych ofiar. Od czasu do czasu znajduje się martwą mysz, która próbowała podgryzać stare biblioteczne zbiory. Jak dotąd, ofiar w ludziach nie było.

Regina Adamowicz (na zdj.) - Koszalin

Milion za raka

Choroby nowotworowe powodują psychiczne i fizyczne cierpienia człowieka. Statystyki mówią, że wciąż zbyt wiele ludzi nie robi nic, by skutecznie bronić się przed nimi. Medycyna zna metody terapeutyczne, które można zastosować w walce z rakiem. Udowodniono, że wczesne jego wykrycie daje szansę na całkowite wyleczenie. Im bardziej zaawansowany proces choroby, tym mniejsze szanse wyleczenia i krótszy okres przeżycia.

Aby zadbać o swoje zdrowie i życie trzeba korzystać z regularnych badań profilaktycznych. Nie należą one do tanich, ale w ogólnym bilansie są tańsze od podstawowego leczenia onkologicznego. Sam zabieg operacyjny kosztuje ok. 5 tys. zł. Chemioterapia ? już tyle, ile średniej klasy samochód. Drugie tyle ? radioterapia. W prostym rachunku leczenie jednej Polki to konieczność wydatkowania 100 tys. zł. Jeśli w ciągu jednego dnia pięć kobiet dowiaduje się, że ma raka piersi, a kolejne pięć ? szyjki macicy, to w tym dniu musimy zaplanować w budżecie milion złotych. Do tego należy doliczyć koszty zwolnień lekarskich, leczenia uzupełniającego i paliatywnego oraz chorób współistniejących. W czerwcu 2007 Polska Unia Onkologii zainaugurowała Ogólnopolski Program dla Młodzieży Mam Haka na Raka, skierowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Ma on na celu wykształcenie postaw prozdrowotnych i zmianę nastawienia do chorób nowotworowych. Pierwsza edycja programu skupiła się wokół raka piersi. Kampanię nazwano Wystarczy tak niewiele? samobadanie to zapobieganie. Drugą edycję programu poświęcono profilaktyce raka szyjki macicy pod hasłem Nie pakuj się do trumny, zrób cytologię. Choć istnieją programy profilaktyczne, np. Moje pierwsze USG, cytologia, mammografia, PSA, badania genetyczne czy tarczycy, to wśród ludzi panuje jeszcze opinia, że nie są one potrzebne. ?Przecież jestem zdrowy/-a. Zbadam się i jeszcze zacznę chorować? ? myślimy.
Jako pacjentka onkologiczna uważam za swój obowiązek przypomnieć o problemie.
Każdy z nas, niezależnie od sprawności, raz w roku ma swój dzień urodzin. Spędza go różnie. Bawi się, na torcie dmucha świeczki i w myśli wypowiada marzenia. A czy nie korzystniej byłoby zrobić sobie właśnie w tym dniu prezent w postaci któregoś z badań? Wszystkie koleżanki zachęcam do samokontroli piersi, wykonywania cytologii, USG i mammografii, a kolegów do badania PSA. Nie bójmy się ich, bo nie bolą i nie są szkodliwe, a każda wykryta zmiana nie zawsze jest nowotworem. Udowodnijmy światu, że mądra Polka i mądry Polak to ci, którzy nie boją się i świadomie poddają badaniom profilaktycznym.

Małgorzata Nowak ? Koszalin


 

Spotkanie z napoleonem

? Dzień dobry, panie Waldku. Jak tam na dnie? ? krzyczy od progu kasjerka Basia. ? Wspaniale i cudownie. A wie pani dlaczego? ? Bo na dnie jest lepiej ? odpowiadamy zgodnie. ? OK, od dziś zaczynam się staczać ? deklaruje z uśmiechem kobieta.

Kraków. Ludzie stoją w kolejce. Są wyraźnie zdezorientowani. Nie wiedzą, czy to czarny humor, czy jakieś przyjacielskie przekomarzanki. O czym właściwie mowa? Nikt nie chce dopytywać. Należymy do grupy niepełnosprawnych nurków HSA. Nie dziwimy się reakcji po tym, jak podczas jednego z kursów nurkowania, nasza buddy diver (partner w nurkowaniu) po prażeniu mózgowym została poproszona przez ratownika o przejście na płyciznę, choć była już doświadczona w tej dyscyplinie. Mężczyzna bał się, że dziewczyna utonie. Ogarnął nas wtedy bezsilny śmiech. ?Co ty facet możesz wiedzieć? ? myśleliśmy. Znów jakieś stereotypy. Ale łamiemy je także wśród nas. Każdemu przecież zdarzyło się pomarzyć o rzuceniu w kąt wózka czy kul, choć na dzień, godzinę, chwilę i być w końcu wolnym, nieograniczonym. Niewykonalne? Wydaje się, że tak, bo przecież grawitacja robi swoje?

Egipt 2006 ? ławica

Z trudem wbijam się w mokrą ? nawiasem mówiąc ? śmierdzącą piankę. Sprawdzam, czy sprzęt jest właściwie sklarowany i wiem, że ja tego dokonam. Nadmuchuję jacket. Kontrolowany przechył w przód i już jestem na wodzie. Jeszcze tylko znak OK. Wypuszczam powietrze również z płuc i ruszam na wędrówkę w dół, do świata ciszy i spokoju. Czuję tylko narastające w uszach ciśnienie, słyszę swój oddech i zaczyna być cudownie. Kilka uderzeń płetwami i widzę rafę. Misterne koralowce. Trzeba na nie uważać. I pracować intensywnie inflatorem (przyrząd, za pomocą którego dmuchamy jacket i idziemy w górę, a gdy spuszczamy powietrze ? w dół). Nagle widzę ławicę kolorowych drobnych ryb. Równiutko koło siebie, jak od linijki. Nemo płynie prosto do mnie. Przygląda się swojemu odbiciu w mojej masce. Nieruchomieję, by go nie spłoszyć i przyjrzeć się uważniej. Niestety, nie mam na to czasu, bo ławica gwałtownie rozstępuje się, robiąc szpaler. Zastanawiam się, kto ma wśród nich takie poważanie. Już widzę. Wielki i okazały, dumny i majestatyczny jak na niego przystało ? napoleon. Prawdziwy podwodny przywódca.

Jest OK

Odwracam się, bo obok mnie przepływa prehistoryczny ? wydawałoby się ? stwór. Drapieżna murena ma chyba ze trzy metry. Zwija się w szczelinie rafy i przyczajona czeka, by odeprzeć ewentualny atak. Nie zamierzam jej prowokować. Płynę dalej. Mijam inne grupy nurkowe. Pytają, jak się mam. OK. Pewnie, że tak. Tam jesteśmy tacy sami. Ta magia wciąż działa. Już nie wiem sama, w którą stronę patrzeć, by nic mi nie umknęło. Chłonę feerię barw. Jestem dużą rybą w wielkim akwarium, bo wszystkie stworzenia szybko przyzwyczajają się do mojej obecności. Nie wiem, ile czasu już tam jestem. Oddycham coraz ciężej. Kończy mi się powietrze w butli, a wraz z nim wizyta w podwodnym świecie. Jeszcze tylko przystanek bezpieczeństwa ? w celu wyrównania ciśnienia, na pięciu metrach zatrzymuję się na kilka minut ? i jestem na powierzchni. Teraz doceniam możliwość swobodnego oddechu. Wyciągnięta na pokład, dzielę się z innymi wrażeniami. Prawie jak wędkarze trochę przesadzamy co do wielkości widzianych ryb, ale nie potrafimy żadnymi słowami opisać piękna barw. Nie trzeba. Wrócimy tam jeszcze. Wszyscy tak samo sprawni.

Magdalena Owsianko ? Szczecin, Kraków


 

"47", czyli powieść Zenona Miszewskiego

Powieść jest historią Polaka, który urodził się w końcu lat 50. Na jego losy ma wpływ numerologia ? przynajmniej on tak twierdzi. Ponieważ od 20. roku życia jest uwikłany w koszmar SM (stwardnienia rozsianego), walczy o godny byt. Kobiety, nieprzypadkowo pojawiające się na jego drodze, stają się osią jego życia. Niewinny ? zdawać by się mogło ? młodzieńczy pocałunek przeradza się jednak w koszmar i stanowi punkt odniesienia losów bohatera.

27 marca 1970 roku po południu, w małym nadmorskim miasteczku urodziła się dziewczynka. Nadano jej imię Agata. (?)

27 marca 1970 roku umarł mój ojciec (?). Odtąd śmierć nie była już stanem, który mnie nie dotykał. Fakt, kilka lat wcześniej zabrała mi babcię, którą bardzo kochałem, ale ból po jej stracie nie był tak wielki. Miałem tylko sześć lat, a silna grupa wsparcia, czyli mama, tata i brat, wytłumaczyła mi, dlaczego tak się stało. Poza tym, sam wiedziałem, że babcia ma 86 lat i w niedługim czasie ? tak czy inaczej ? umrze.
Teraz śmierć zabrała mi ojca i ten fakt dotarł do mnie natychmiast. Ból był wielki. Życie nagle zaczęło się zmieniać, a ja doroślałem wbrew swojej woli. Coś, czego nie rozumiałem, przemieniało mnie z zasmarkanego 13-latka, w małoletniego faceta, który sam miał zadbać o siebie (?). Tragizm sytuacji był tym większy, że poprzedził go niefortunny splot zdarzeń.

***

Na wesele do rodziny na wieś przyjechaliśmy z pompą. Nie mogło być inaczej! Tata, jako pięćdziesięciolatek, po wojenno - obozowych przejściach, miał gest i bez względu na stan portfela, nie stronił od ekstrawagancji. Pewnie w sercu nosił żal za straconą w obozach koncentracyjnych młodością i takim stylem bycia chciał powetować sobie krzywdy. Dla młodej pary wieźliśmy prezenty i wałówkę. Ojciec obiecał ryby.

Moich rodziców, jak wszystkich dorosłych, posadzili przy weselnym stole. Orkiestra grała. Ja, z innymi dzieciakami, błąkałem się po domu, bo wyznaczyli nam stolik w kącie sali, ale nikt z nas tam nie chciał siedzieć. Dom znałem dobrze, ale go nie lubiłem. Tu zawsze musiało się coś zdarzyć!

***

Kiedyś, w wielkanocny poniedziałek, jako pięcioletni malec, przebiegałem z sieni do kuchni. Chciałem wodą napełnić sikawkę. Niestety, poślizgnąłem się na mokrej posadzce i runąłem. Tak fatalnie, że lewą rękę po pachę zanurzyłem w kotle z wrzątkiem! Stał tam, bo trzeba było przygotować żarcie dla świń. Jak to na wsi?
Byłem w szoku. Nie mogłem się ruszyć! Zanim odnaleźli mnie zemdlonego, minęło kilkanaście minut! Rękę prawie ugotowałem. Potem ponad miesiąc spędziłem w szpitalu. Miałem przeszczepy. Cierpiałem koszmarne zmiany opatrunku. Przydało się, że tata był rybakiem. Każdego tygodnia, opiekujący się mną lekarz, dostawał cztero, pięciokilogramowego wędzonego łososia. Dziś wiem, że moje leczenie drogo rodzinę kosztowało, ale dzięki temu nie straciłem ręki. Poza tym, doktor zainstalował mi dreny i zamiast cierpieć codzienne zmiany opatrunku, cierpiałem raz na kilka dni. Opiekę miałem więc dobrą, a doktor kazał wołać na siebie ?wujku?. Korzystałem z tego, kiedy ktoś inny niż on, a szczególnie ordynator oddziału, chciał dobrać mi się do ręki. Darłem się wtedy wniebogłosy, a ?wujek?, choć był daleko, przybiegał i opatrywał mnie osobiście.

***

Ojciec, siedząc przy stole weselnym, nie był zadowolony, że dzieciaki posadzili oddzielnie. Ale ja, nie wiedzieć czemu, nie chciałem przyjść do niego. Nie pamiętam, o co mi chodziło. Uparłem się i już. Nie podszedłem do rodziców, nie przytuliłem się, nie zrobiłem tego, czego chcieli. Szczególnie tego, czego chciał ojciec.


Snując się po domu, dostrzegłem tatę. Tańczył z kuzynką, bo mama tańczyła rzadko. Popisywał się, nie bacząc na to, że przeszedł trzy zawały. Może był zły na mnie. Obserwowałem go zza drzwi, stojąc na korytarzu. Chciałem podejść, żeby go przeprosić, ale niespodziewanie odwrócił się i chwiejnym krokiem ? pamiętam to doskonale ? ruszył do wyjścia. Patrzył mi w oczy wybałuszonymi oczami i szedł. Chyba chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić słowa. Był już blisko, gdy nagle runął bezwładnie na posadzkę.
Usłyszałem plask upadającego ciała i czyjeś krzyki. Schyliłem się do ojca, ale jacyś ludzie mnie odepchnęli! Ktoś chwycił za rękę i odprowadził na bok, próbował czymś zająć, potem odszedł. Zostałem sam. Zrobił się rwetes nie do opisania. Usłyszałem krzyk: ?Dzwońcie po karetkę!? Ale jak tu było dzwonić, kiedy jedyny telefon miał sołtys na końcu wsi! Ktoś jednak pobiegł.
Rozkrzyczana kobieta, mówiła, że jest pielęgniarką, wcisnęła nieprzytomnemu ojcu nitroglicerynę pod język. Potem zanieśli go do pokoju i robili sztuczne oddychanie.
Przez jakiś czas nikt się mną nie interesował. Stałem i patrzyłem nieprzytomnie na to, co się dzieje. Długo czekaliśmy na lekarza. Wreszcie dotarł! Ostatni kilometr, od skrzyżowania z drogą główną, brnął przez zaspy pieszo. Śnieg padał przez ostatnie pięć godzin tak intensywnie, że wiochę i drogę do niej zasypał dokładnie. Lekarz przywlókł się przemoknięty. Stwierdził jedynie zgon.
Za śmierć taty winiłem siebie, bo najpierw go zdenerwowałem, a potem nie przeprosiłem. Nie zdążyłem mu niczego powiedzieć! Nie zdążyłem się przytulić.
Usiadłem w kucki w rogu pokoju i próbowałem zrozumieć, co się stało. Nic nie rozumiałem.

Podeszła do mnie szczupła blondynka. Ładnie pachniała. Że była wysoka, zobaczyłem później. Pochyliła się nade mną i coś szeptała. Nie wiem, co. Wiem, że miała aksamitny głos. Dłońmi objęła moją głowę i pocałowała w usta. Najpierw zrobiła to delikatnie, ale później, nasze języki się dotknęły. Momentalnie ciepło napełniło mnie całego. Trwaliśmy tak nie wiem jak długo. Ona ssała mój język i było mi niespodziewanie dobrze.
Tragedia, która wydarzyła się przed chwilą, przestała być ważna. Serce biło mi szybciej i zdawało mi się, że jestem szczęśliwy. Zawstydziłem się, ale chciałem, by ten pocałunek trwał. Ten nieprzyzwoity incydent sprawił, że wymówki za śmierć taty zbladły. Nie jątrzyły rany, która bolała mniej.
Błyskawicznie rozprawiłem się z ignorancją w stosunku do dziewczyn. Ten pocałunek, dotyk rąk, ciepło jej ciała, kazały mi patrzeć na płeć przeciwną inaczej niż robiłem to do tej pory. Jednak zrozumieć tego jeszcze nie umiałem. Z perspektywy czasu, mogę o tym zdarzeniu mówić słowami zrozumiałymi. Wtedy jednak, w mojej głowie panował chaos. W jednej chwili euforia mieszała się ze strachem, radość odpędzał smutek. Usta i język przestały być atrybutem służącym wyłącznie do mówienia i do jedzenia? Namiętność, do tej pory kompletnie mi obca, zawładnęła mną doszczętnie.
Usta nasze rozłączyły się z mlaśnięciem. Niespodziewanie. Ona dłońmi obejmowała moją głowę jeszcze przez chwilę. Patrzyłem w jej oczy z zachwytem mieszającym się ze wstydem i pragnieniem. Serce biło mi mocno. Wtedy uśmiechnęła się subtelnie, wyprostowała, odwróciła i odeszła...
Patrzyłem na nią. Była wysoka i ładna. Znikła tak szybko, jak się pojawiła?

Jakie były dalsze losy tajemniczej nieznajomej i co działo się z naszym młodym bohaterem? O tym w powieści Zenona Miszewskiego "47"

Zenon Miszewski: -Historia opowiedziana przeze mnie jest analizą wartości człowieka obciążonego chorobą, więc pokazuje jego możliwości i siłę, ale też wytyka nikczemność przesiąkniętą egoistycznym rozumieniem życiowych priorytetów. Powieść jest uniwersalna - transgraniczna, ponieważ zawarłem w niej treści z pogranicza zdrowia i choroby, otrzymywania i dawania, miłości i zaborczości, dumy i pychy, zdobywania i utraty. A one dotyczą wszystkich ludzi.



 

Nad Zalewem Koronowskim łódki czekają lata, a nasza Arka wciąż płynie

Mamy profil na Facebooku

1% dla Funkcji Arka

Przekaż nam 1%
ze swojego rozliczenia
podatkowego.

Pomóż Nam Pomagać...

logo oppNasza Fundacja to organizacja
pożytku publicznego.

KRS: 0000294020 

logo 1procent

 

   Czytaj więcej...

Spotkanie z Mistrzem

Drodzy Arkowicze!

Jest już dostępna płyta z tegorocznego spotkania w Pieczyskach. Zainteresowanych prosimy o kontakt z Fundacją. tel. 52 322 56 70

spotkanie 2014

Polecamy

WSPIERAJĄ NAS

Tyle osób nas odwiedza

Dziś 6

Wczoraj 34

W tym tygodniu 78

W tym miesiącu 476

Wszystkie wizyty 912322

Fundacja Arka na Facebooku

Fundacja Arka na Facebooku

Znajdź w tym portalu