Fundacja Arka

Bydgoszcz

Ustroń, Hotel Magnolia, 14.07 - 24.07.2007

Poradnictwo psychologiczno zawodowe
?Poznaj siebie, wykorzystaj swoje możliwości?

 


Pogodna, ciepła i radosna ? taka jest Grażyna Lemiech - gość Poradnictwa psychologiczno-zawodowego Ustroń 2007. Jej życie załamało się po wypadku. Było to 13 lat temu. Dziś jest inaczej?

Tragedia nie jest karą, lecz wyzwaniem

O wzlotach i upadkach, walce z sobą i o siebie, z Grażyną Lemiech rozmawia Luiza Bieniek

* Wypadek w wieku 24 lat musi odmienić życie człowieka. Jak to było w twoim przypadku?

- Byłam wtedy młodą kobietą, matką i żoną. Była to tragedia dla wszystkich członków rodziny. Zawaliło się życie moje, mojego dziecka i męża. Cała nasza rodzina stała się niepełnosprawna. Ja załamałam się Ina dziesięć lat zamknęłam przed całym światem w więzieniu mojego ciała.

* Na szczęście nie poddałaś się i dziś jest inaczej. Co takiego musiało się stać?

- Było już tak źle, że wydawało mi się, że gorzej już być nie może. Skończyło się nawet moje małżeństwo, ale postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo z tego wyjdę, albo zginę. Podjęłam bardzo trudną decyzję o rozwodzie i zmianie swojego stylu życia. Postanowiłam zawalczyć o siebie.

* Skąd wzięłaś siłę do walki?


- Bardzo dużo dał mi Internet. Poznawałam ludzi, rozmawiałam z nimi. Kiedyś ktoś mi powiedział: ?Skoro przeżyłaś ten wypadek, to znaczy, że masz jeszcze coś do zrobienia, może gdzieś, ktoś na Ciebie czeka, potrzebuje Twojej pomocy?. Dało mi to dużo do myślenia. Dotarło do mnie, że ja też mogę żyć w miarę normalnie i zrobić coś dla innych.

* Jak radzisz sobie z codziennością?

- Wciąż porządkuję swoje życie, bo jest jeszcze tyle do zrobienia? Od roku mieszkam tylko z córką Paulą. Pomagają mi panie z opieki społecznej, rodzina i niewielkie, ale bardzo skuteczne grono przyjaciół.

* W ubiegłym roku byłaś uczestniczką poradnictwa psychologiczno zawodowego. Jak wpłynęło na twoje życie to doświadczenie?

- Informacje o poradnictwie znalazłam przypadkowo w Internecie. Było to akurat w bardzo trudnym momencie mojego życia. Szukałam wszystkiego, co mogłoby mi dać jakieś wsparcie i siłę, od książek o pozytywnym myśleniu, po horoskopy. Takim doskonałym lekiem okazało się poradnictwo. Przepełniło mnie nadzieją, wróciłam z głową pełną pomysłów, z chęcią i energią do działania. Chciałam się tym podzielić z innymi. Udzieliłam wywiadu ?Gazecie Drawskiej?. Od burmistrza Drawska Pomorskiego otrzymałam propozycję administrowania zakładki Niepełnosprawni w miejskim portalu Internetowym. Dodatkowo zaczęłam robić coś dla siebie. Pozbywam się barier architektonicznych i psychicznych, aby znów funkcjonować w społeczeństwie. Cały czas szukam nowych zajęć, jakiegoś celu w życiu. Teraz chcę robić coś dla innych. Chcę być potrzebna.


* Jak uczestnictwo w poradnictwie zmieniło ciebie?

- Oczywiście, nadal mam wiele problemów, ale wierzę w siłę pozytywnego myślenia. Jestem optymistyczniej nastawiona. Uczestnicy warsztatów, zajęcia i atmosfera, wszystko to wpływa bardzo budująco i krzepiąco. Zaczynam widzieć świat i siebie w żywszych kolorach. Stałam się odważniejsza, przełamałam się, pociągnęłam za sobą innych ludzi, którzy też potrzebują pomocy.

* Jako gość projektu, co chcesz przekazać innym?

- Otwierajcie się na siebie i na innych. Bierzcie, co wam daje życie. Wszystko jest po coś. Każdy z nas jest wyjątkowy, musimy to zobaczyć, wtedy zobaczą to inni. Tragedia nie jest karą, lecz wyzwaniem?

*Dziękuję.

 

Najważniejsze, to chcieć

Z Ewą Ziętarą, studentką czwartego roku psychologii na uniwersytecie w Bydgoszczy, niepełnosprawną od urodzenia z powodu porażenia mózgowego, o sportach ekstremalnych rozmawia Krystyna Gołębiowska

* Mówisz, że złapałaś Boga za nogi i jesteś szczęśliwa. Opowiedz o swojej arkadii.

- Moje życie od samego początku jest niezwykłą przygodą. Urodziłam się w Wigilię i noszę imię pierwszej kobiety. Na swoich nogach ledwie chodzę, ale energia we mnie kipi. Lubię spotkania z ludźmi, uwielbiam obserwować ich świat i życie. Mam swoje pasje. Kocham pisać. Brałam udział w konkursie literackim ?Świat i ja, moje dobre i złe dni?. Dzięki temu pierwszy raz przyjechałam do Ustronia. Nieustannie coś robię i dzięki temu jestem szczęśliwa.

* Poza pisaniem twoją pasją są sporty. Ale nie jakaś tam piłka czy strzelanie. Żeglujesz i wspinasz się po górach. Skąd u ciebie taka odwaga?

- Mam to od rodziców. Oni bardzo się kochają i dzięki temu wszystko wydaje mi się możliwe. Z ich miłości czerpię energię i siłę. Nie boję się ani wody, ani gór. Poza tym, kiedy pierwszy raz znalazłam się na żaglach, zaimponował mi instruktor Piotr. Jego wiedza, sprawność i zabawne anegdoty pozwoliły mi zapomnieć o strachu. Od tej pory wiatr i woda to dla mnie radość.


* Jestem w stanie zrozumieć twoją pasję żeglarską, ale wspinaczka? To dla mnie prawdziwy kosmos.

- Wspinaczka wzięła się z mojej przekory. Przypadkiem obejrzałam program telewizyjny dla niepełnosprawnych, w którym ogłoszono zapisy na naukę wspinaczki. Ogłosiłam rodzicom, że wyjeżdżam i zaczęłam od ścianki. Okazało się, że wcale nie była trudna i weszłam na nią tylko raz. Pomagał mi instruktor, który przygotował drogę wspinaczkową specjalnie dla mnie.

* Już wtedy wiedziałaś, że zapiszesz się do klubu alpinistycznego?

- Oczywiście, że wtedy. Zawsze szybko podejmuję decyzje. Do klubu wysokogórskiego zapisałam się w 2001 r. Wkrótce wspinałam się na skałkach jury krakowsko-częstochowskiej i w Tatrach.

* Nie powiesz, że ci sprawni przyjęli cię z otwartymi ramionami.

- Masz rację. Nie było łatwo. Jak mnie zobaczyli, ironicznie się uśmiechali i pytali, czy się nie zgubiłam. Byli młodzi, przystojni i żartowali sobie ze mnie. Ja jednak uparcie powtarzałam, że chcę się dostać na górę. Nie mieli pojęcia, jak mi pomóc. Asekurowali mnie jak zdrowego. Przy pierwszym podejściu zdołałam pokonać zaledwie 50 cm. Ale zasmakowałam prawdziwego ryzyka i zatęskniłam za tą nieprzewidywalnością.

* Pokonałaś jednak więcej niż 50 cm.

- To oczywiste. Spędzałam długie godziny na stromych podejściach pod ścianę. Kilka razy trzeba było ściągać sprzęt, bo droga była za trudna. Ale nikt niczego mi nie zabraniał. Miałam prawo do prób, walki, łez i siniaków oraz radości, kiedy zobaczyłam szczyt.

* W jaki sposób ta górska przygoda zmieniła ciebie?

- Przygoda ze wspinaczką trwa nadal. To doświadczenie zmieniło mnie i utworzyło nową silniejsza kobietę. Nigdy nie zapomnę basku gwiazd, ciepła ogniska i długich opowieści w gronie przyjaciół. Atmosferę tamtych miejsc mam zawsze w sercu, a postawa wspinacza, który niczego się nie lęka, towarzyszy mi we wszystkich wezwaniach codzienności. Kieruje się maksymą, że najważniejsze to chcieć.

? Dziękuję.

 

Zatrzymuję świat na chwilę, by posprzątać siebie

Z Danutą Grudzińską, uczestniczką Poradnictwa psychologiczno-zawodowego Poznaj siebie, wykorzystaj swoje możliwości, pasjonatką technik relaksacyjnych, rozmawia Elżbieta Kotras

* Medycyna Dalekiego Wschodu w Polsce ciągle jest niezbyt popularna. Jak to się stało, że zainteresowałaś się nią?

- Po raz pierwszy znalazłam informacje o zajęciach tai-chi w Łodzi w 1995 r. Ta przygoda trwała półtora roku. Potem, kiedy bardzo przeżyłam rozstanie z synem, który wyjechał do Australii, zainteresowałam się medytacją. Odbywała się w ośrodku terapii rodzin. Tu zetknęłam się z medytacją i jogą, które pozwoliły mi pokonać problemy.

* Na czym polega różnica miedzy tai-chi, medytacją i jogą?

- Tai-chi polega na wykonywaniu 108 spokojnych i powolnych ruchów, w celu zharmonizowania umysłu z ciałem. Medytacja to wyciszenie umysłu, wyzwolenie go ze stresu, obaw, lęków i napięć. Trzeba się do niej przygotować i odprężyć. Efektywna medytacja powinna trwać od 20 do 30 minut. Prowadzi się ją w wygodnej pozycji. Zamykamy oczy, skupiamy się na słowie, które powtarzamy w myślach. Osoby wierzące mogą medytację łączyć z krótką modlitwą. Wreszcie joga polega na ćwiczeniach, których zadaniem jest koncentracja i pozbycie się stresów. Wszystkie te techniki łączy się z właściwym oddychaniem, dlatego są prawdziwym wypoczynkiem dla umysłu.

* Wypoczynek kojarzy się z urlopem. W takim razie te ćwiczenia to taki urlop dla umysłu.

- W dużym uproszczeniu można tak powiedzieć. Kiedy zmęczymy ciało, jedziemy na urlop lub odpoczywamy w inny sposób. A człowiek nie składa się tylko z ciała. Ma też duszę. Jeśli między nimi nie będzie harmonii, nie będzie zdrowy.

* Żyjemy w świecie, który pędzi w szalonym tempie. Uważasz, że jakaś joga czy tai-chi pomoże zwolnić to tempo?

- Nie uważam, ja to wiem. Mnie medytacja i joga już pomogła i zawsze, kiedy mam taka potrzebę, pomaga zatrzymać ten świat chociaż na chwilę i zrobić w nim porządek. Pozbywam się tego, co zaśmieca mój umysł i serce, negatywnych emocji i stresów.

* Poleciłabyś te ćwiczenia każdemu?

- Tai-chi i joga wymagają pewnej sprawności ruchowej. Nie każdy może więc je stosować. Medytację ? tak. To taka wędrówka w głąb siebie. Wiele się wtedy o sobie dowiaduję i dużo mogę u[porządkować.

* Dotarłaś już do końca tej wędrówki?

- Nie, nawet nie wiem, w którym punkcie się znajduję. Ale myślę, że mam przed sobą długą drogę.

* Dlaczego chcesz nią podążać dalej?

- Chociażby po to, żeby na pytanie: Uprawiasz jogę? Nie odpowiadać: a na ilu hektarach? (śmiech)

* Dziękuję.

 

Śpiew to moje życie

Ola Kwiatkowska jest 18-latką. Śpiewa od czwartego roku życia. W czasie Poradnictwa psychologiczno-zawodowego zorganizowanego przez fundację Arka, zaśpiewała dla jego uczestników. Na prośbę Doroty Kończak-Guzendy zgodziła się opowiedzieć o sobie.

Urodziłam się w Bydgoszczy. We wrześniu zacznę naukę w klasie maturalnej I Liceum Ogólnokształcącego. Śpiewam, od kiedy pamiętam. Teraz kształcę się pod okiem mojej mistrzyni Grażyny Łobaszewskiej, z którą chciałabym kiedyś wystąpić. Mam w swoim repertuarze kilka jej piosenek, ale wiem, że jeszcze muszę dużo pracować, by podołać wymaganej technice. Kiedy mogę, uczestniczę w warsztatach muzycznych. Znani wykonawcy i kompozytorzy przekazują mi wtedy tajemnice swojego warsztatu. Dzięki temu brałam już udział w różnych festiwalach, konkursach i przeglądach. Moim największym sukcesem było I miejsce na Festiwalu Piosenek Jeremiego Przybory w Kutnie w 2005. Najchętniej wykonuję poezję śpiewaną. Uważam ją za muzykę rozrywkowa z dobrym tekstem. W najbliższym czasie ? 21 lipca ? zaśpiewam podczas wyborów ogólnopolskiej Miss Nastolatek w Szczyrku. Jestem uzależniona od czekolady. Kocham swoją kotkę Tosię i brata Pawła, który jest moim autorytetem. Śpiew to moje życie. W przyszłości pragnę studiować na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Wysłuchała Dorota Kończak-Guzenda

 

Czy zatrudniłbyś(-abyś) niepełnosprawnego i dlaczego?

Ania, pracownica recepcji ? Już zatrudniłam taką osobę. Chciałam dać jej szansę i zrobiłam to, bo uważam, że niepełnosprawni też mogą dobrze wypełniać swoje obowiązki.

Ksawery, bezrobotny ? Zatrudniłbym, gdyby taka osoba nadawała się do pracy i miała odpowiednie kwalifikacje oraz wykształcenie.

Ola, turystka ? Gdyby niepełnosprawny wykonywał czynności pozwalające na realizację zadań w pracy, to tak. Ale pracodawca musi liczyć się z pewnymi ograniczeniami, np. jeśli taki pracownik porusza się na wózku, musi mieć dostosowane miejsce pracy.


Grzegorz, mieszkaniec Niemiec ? Jak najbardziej, to też jest człowiek taki jak my, ja, pani i wszyscy inni zdrowi ludzie. Co prawda, nie każdy jest w stanie pracować, ale gdy może, to jak najbardziej.

Karolina, studentka ? Większość niepełnosprawnych jest bardzo zdolna, ma większe ambicje, jest odpowiedzialna i pełna życia. Chory bardziej docenia to, że pracuje. Robi wszystko z większym zapałem i poświęceniem. Dodatkowo, i nie ma co ukrywać, pracodawcy ? zatrudniając takie osoby ? mają zniżki, co jest dużą zachętą.

Ela, właścicielka firmy budowlanej ? Mam firmę i nie zatrudniam niepełnosprawnych, bo tej pracy nie byliby w stanie wykonywać. Natomiast, gdybym miała wolne stanowisko dla takiej osoby, to musiałaby umieć wykonywać obowiązki, mieć odpowiednie kwalifikacje i ? co najważniejsze ? doświadczenie.

Zebrała Joanna Kostrzewa


Grażyna Syrnicka:

Czy potrafimy śmiać się z siebie?

Jak to jest z naszym poczuciem humoru?

Łukasz Szlufik: - Moi znajomi mają duże poczucie humoru. Poznałem kiedyś dwóch braci. Jeden z nich jeździł na wózku inwalidzkim. Zbliżały się jego urodziny. Zapytany, co chciałby dostać, odpowiedział: Kupcie mi rolki.

Basia Domjan: - Myślę, ze umiem śmiać się z siebie. Poza tym większość Polaków to ludzie weseli.

Marzena Janus: - Poczucie humoru uwarunkowane jest sytuacja zdrowotna, majątkową, zależy od naszej osobowości. Niepełnosprawni są radośniejsi niż ludzie zdrowi, potrafią dostrzec więcej jasnych stron życia.

Ewa Ziętara: - W naszą tradycję wpisane jest ciągłe narzekanie i użalanie się nad sobą. Ja też często wpadam w złość, ale dostrzegam w młodym pokoleniu więcej optymizmu i radości życia.

Kogo macie w sobie więcej, śmieszka czy ponuraka?

Łukasz Szlufik: - Nie jestem malkontentem, chociaż rzadko się uśmiecham. Gdy byłem we Włoszech, mówili o mnie chmurny Łukasz.

Ewa Zietara: - Jestem śmieszką. Nawet w trudnych sytuacjach staram się uśmiechać. Rzadko płaczę, chyba że w towarzystwie bliskich.

Danuta Grudzińska: - Dużo nam brakuje do wesołości. To chyba cecha ogólnonarodowa. Ja mam pogodne usposobienie i pozytywny stosunek do ludzi.

Basia Domian: - We mnie więcej jest śmieszka (uśmiech)



 

Oczami Bartosza

Z Bartoszem Rudziem, fotografem amatorem rozmawia Anna Sułkowska

* Twoja fotograficzna pasja trwa od dziecka. Od jakiego sprzętu zaczynałeś?

- Najpierw tata miał aparat Zorka 4, którym robił mi mnóstwo zdjęć. Ja też stawiałem z nim pierwsze kroki. W siódmej klasie zapisałem się do kółka fotograficznego, a rok później pstrykałem już Smieną 8. Potem miałem wypadek i dopiero po 12 latach kupiłem sobie pierwszy cyfrowy aparat Fuji FinePix S2600.


* Co i kiedy najchętniej fotografujesz?

- Najczęściej uwieczniam siebie i swoich przyjaciół oraz jakieś szczegóły przyrody. Najchętniej fotografuję w dzień, bo w zależności od pogody można uzyskać różne efekty światłocieni, np. twarzy. Ten sam element inaczej będzie wyglądał w słoneczne południe, a inaczej w pochmurny, szary dzień. Stosuję różne filtry na obiektyw, by podkreślić lub zniwelować efekty refleksów słońca np. na błyszczących materiałach.


* Sam wymagasz pomocy, a jednak zajmujesz się fotografowaniem.

- Moje zdjęcia powstają głównie dzięki przyjaciołom, którym mówię, co i jak chciałbym uwiecznić. Sam decyduję, jak ustawić obiektyw, jakie wybrać parametry oświetlenia, jaką przesłonę, czułość.

* Co ci daje fotografowanie?

- Robiąc zdjęcie, uwieczniam najczęściej miłe chwile. Potem przeglądam efekty mojej pracy i wspominam to, co było dobre. W momentach gorszego samopoczucia wracam do nich. To taka moja terapia.


* Mówisz, że fotograf musi mieć oko.

- Rzeczywiście, bo normalnie, na co dzień, ludzkie oko nie wychwytuje takiego momentu, który przemyka niezauważalnie. Fotograf musi mieć to wyczucie. Pomaga mu w tym aparat, który zatrzymuje czas. I mnie zdarza się, że to, co uwiecznię, jest lepsze niż w rzeczywistości zobaczyłem. Wtedy jestem najbardziej zadowolony.

* Jaki świat widzisz?

- Nie wykorzystuję aparatu do uwieczniania trudnych chwil. Robię zdjęcia, na których świat jest kolorowy, wesoły, radosny i optymistyczny.

* Dziękuję.

 

My name is Jack, Kojack!

Ze aktorem Zbyszkiem Wróblem rozmawia Bartosz Rudź

* Dziś rano zauważyłem, że ogoliłeś głowę, więc zapytałem: Czy teraz jest ci chłodniej? Przybliżyłeś się i niskim głosem powiedziałeś: My nam eis Jack, Kojack. Czy postać Telly Savalas?ajako Kojaca wniosła coś do twojego warsztatu aktorskiego?

- Nieee? ja lubiłem oglądać go, jak byłem mały. Wtedy pojawiał się w telewizji. Savallas?a to ja zapamiętałem przede wszystkim z ?Ucieczki na Atenę? i tam mi się bardzo podobał.

* W 1989 r. w filmie ?Triumf of the spirit? grałeś SS?mana, trudno było?

- Pewnie wyczytałeś to w Internecie, który strasznie przekłamuje. W filmie zagrałem dwie role. Najpierw oficera SS, zastępcę komendanta w czasie słynnego wymarszu więźniów z obozu. Stałem na skrzyżowaniu dróg, w skórzanym płaszczu esesmańskim. Potem porucznika wermachtu. Ubrali mnie w mundur, więc stałem sobie i patrzyłem. Miałem taką sytuację, że podjeżdżam niemieckim gazikiem (?kibelwagen?, chyba na to mówiono), trzymam sznurkiem drzwi, żeby się nie otwierały w drodze. Potem otwieram je, niby kopiąc nogą, a po prostu puszczam sznurek, drzwi się otwierają i wysiadam. Biorę Williama de Foe, który za tę rolę kasował pięć milionów dolarów, kopię go z całej siły w dupę i wrzucam na pakę. To było takie delikatne zaproszenie Williama de Foe na pierwsza walkę bokserską, bo on grał boksera. No i miałem przyjemność kopania sympatycznego zresztą aktora, który zarabiał ciężki szmal za to, że ja kopię go w tyłek.


* Więc miałeś z tego satysfakcję?

- Jakiś rodzaj satysfakcji tak. Oczywiście, starałem się nie kopać go mocno, a raczej grać.

* Od września 1988 jesteś związany z Teatrem Śląskim w Katowicach im. Witkacego.

- Słuchaj, ty to wiesz lepiej ode mnie! (śmiech)

* W przyszłym roku minie 20 lat pracy, zamierzasz uroczyście je obchodzić?

- Jak nie zapomnę, to pewnie jakoś obejdę. Ale nie przywiązuję wagi do dat.

*Z twoim aktorstwem tak normalnie nie było.

Najpierw pracowałem w Gnieźnie w teatrze, potem poszedłem do Lublina. Zdałem do szkoły teatralnej i byłem w niej dwa lata. Szkoła była wtedy dla mnie czymś, co w pewnym sensie miałem poza sobą. Egzaminami wściekle zdenerwowałem Gogolewskiego, który był moim mistrzem, mentorem i obraził się, gdy mu powiedziałem, że zdaję do teatralnej. Powiedział, że i tak się nie dostanę, że to nie ma sensu i wyrzucą mnie z pracy. Ja zdałem i już po pierwszym roku wróciłem do Gogolewskiego. Mówię ?Panie dyrektorze, ja chcę grać znowu?. I skubaniec bardzo się cieszył, triumfował, ale mnie przyjął. W końcu mówię sobie, że to nie ma sensu być tak w rozkroku. Poprosiłem w szkole o możliwość zdawania egzaminu i uzyskanie uprawnień zawodowych. No i sobie zdałem egzamin.


* Pracujesz z niepełnosprawnymi. Jak zaczęła się twoja współpraca z nimi?

- Zaczęło się przypadkiem, bo dziewczyna zaprosiła mnie, żeby przygotować jakiś spektakl na jakiś festiwal, bo napisała jakiś program. Przez jakiś przypadek zadzwoniła do teatru, podała moje nazwisko i powiedziała, że ja się tym zajmuję, to może?? No i zabrałem egzemplarz ?Bambuka? sztuki, która grana jest w teatrze i myślę ? przeczytam im o czym to jest. Jak zobaczyłem twarze tych dzieciaków, zrozumiałem, że nikt z nich nie nauczy się na pamięć ani jednego zdania. Ale wiesz, ci sami ludzie po trzech latach są inni? Mam taką Madzię, która prawie wypchnięta na scenę może powiedzieć tylko ?Buduj domek?. No, ale ona zaczyna mówić już w odpowiednich miejscach. Właśnie ci sami ludzie rozmawiają ze sobą na scenie. Pewnie, że to nie jest jakieś cudo, ale myślę, że przeżyli jakąś taką dużą terapię. Nabierają pewności siebie, i zaczynają się czuć doceniani, bo są doceniani. Mają odwagę wyjścia przed ludzi. Niektórzy, oczywiście, bezkrytycznie mogą wyjść i robić to, co im się powie, bo nie mają wyobraźni. Trzeba nad nimi zapanować, żeby zaczęli działać w zespole, współpracować ze sobą.

* W ubiegłym roku odbyła się premiera przedstawienia ?Bajki Ezopa, czyli teatr z niczego? integracyjnej grupy teatralnej pod twoim przewodnictwem. Aktorami byli uczestnicy warsztatów terapii zajęciowych i podopieczni Środowiskowego Domu Samopomocy. Mocno udzielasz się w pracach z osobami z trudnych środowisk?

- Od trzech prowadzę grupę integracyjną Prometeusz w Środowiskowym Domu Pomocy z Dąbrowy Górniczej. Tam wystawiliśmy bajki Ezopa. Dlaczego teatr z niczego? Bo właśnie nie mamy nic. Pracuję z ludźmi z dużymi kłopotami życiowymi, niesprawnymi intelektualnie. Im podoba się zostać motylkiem, na przykład. Mam 20 osób w swoim zespole. Pracuję z tymi, którzy chcą, nie z tymi, którzy się nadają do teatru. Można z nich wyciągnąć jakieś walory, zrobić zespół. Praktycznie 90 proc. moich aktorów to osoby, które w ogóle nie powinny wychodzić na scenę. Ale męczymy się ze sobą ? w pozytywnym tego słowa znaczeniu ? od trzech lat. Mówiąc krótko, pozwalamy realizować się niepełnosprawnym.

* Dziękuję.

 

Gdzie mnie tam do Gałczyńskiego

O poezji i jej tworzeniu z Elżbietą Kotras rozmawia Katarzyna Żeglicka

* O czym przeczytam w twoich książkach?

- Piszę o różnych sprawach. Począwszy od miłości, przez refleksje o ludziach niepełnosprawnych, na Bogu skończywszy. Przez swoją poezję wchodzę na szczyty, z których widać, jak pomóc człowiekowi. Chcę, by słowa podniosły go z kolan.

* Dlaczego zaczęłaś pisać?

- Piszę, odkąd sięgam pamięcią. Kiedyś zamknęłam się w sobie. Żeby z tego wyjść, usiadłam i żale przelałam na papier. Białe cierpliwe kartki przyjmowały wszystko. Była to swoista autopsychoanaliza, przynosząca ulgę. Najpierw pisałam do szuflady. Moim pierwszym recenzentem była rodzina i to od niej usłyszałam, że to grzech trzymać wiersze tylko dla siebie. Przypadek sprawił, że jeden z nich wykorzystano na konkursie poezji patriotycznej.

* Nie tylko rodzina wystawiła ci pochlebną opinię.

- Rzeczywiście, moje wiersze odkryli pracownicy biblioteki, dzięki którym 14 lutego 2007 wydałam tomik i odbył się wieczór mojej poezji. Dziś wiem, że moje wiersze czytają nie tylko w Polsce, ale i w Anglii czy w Niemczech i że one ludziom pomagają.


* Poezja to ciągłe pisanie o miłości, kwiatkach czy przyrodzie. Nie obawiasz się, że to znudzi czytelnika?

- Ksiądz Jan Twardowski powiedział kiedyś: ?Jest wielu cudownych poetów na świecie, ale ciągle rodzą się nowi, którzy o tych samych rzeczach piszą inaczej.? Mam potrzebę napisać, jak ja czuję niebo, mimo że jest milion wierszy na ten temat. Przecież w utwór wkładam część swych przeżyć, a zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce to przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że twórcy nieustannie są porównywani z innymi. Mnie ktoś kiedyś porównał z Gałczyńskim, ale gdzie mnie tam do Mistrza.

* Piszesz też opowiadania, powieści, scenariusze. Jak wygląda praca nad nimi?

- Mojemu tworzeniu towarzyszy ciągły strach. Mimo to muszę pisać. Myśli są tak silne, że wstaję w nocy i jeśli ich nie przeleję na papier, zapominam. Niedawno zaczęłam pisać opowiadanie. Przez ciągłe przeróbki, przerodziło się w nowelę. Najpierw mam w głowie plan i w trakcie pisania uzupełniam go.

* Wyobraź sobie, że jesteś w szkole, w której lekcje prowadzą pisarze i poeci. Których słuchasz najchętniej?

- Słuchałabym przemawiających do moich uczuć ?Ballad? Mickiewicza, nie opuściłabym lekcji z Asnykiem, Leśmianem, Pawlikowską-Jasnorzewską. Interesowałby mnie Tuwim ze swymi wierszami religijnymi. Na lekcje patriotyzmu chodziłabym do Broniewskiego.

* Ze szkoły przenieśmy się na bezludną wyspę. Zabierz ze sobą trzy książki.

- Najchętniej zabrałabym wszystkie biblioteki i księgarnie. Tam czuję się najlepiej. Jeśli jednak mam tylko trzy do wyboru, biorę Hrabiego Monte Christo, jakieś bajki i książkę o rzeczach niewyjaśnionych, bo składa się tylko z? sześciu tomów.

* Dziękuję.

Metamorfoza

Przeszłam metamorfozę:

szara, włochata gąsienica zmieniła się w motyla!
Nie tego pięknego pazia,
służki królowej,
którym zachwyca się cały świat!
Ale i moje skrzydła maja tęczowe blaski?
Rozwinęłam je w pełnym słońcu?
I nagle?
spoczął na nich czyjś aksamitny wzrok?
Ktoś delikatnie posadził mnie na swojej dłoni?
Nasze oczy się spotkały?
Odleciałam wolna?

Szkoda, że to nie był twój wzrok!
Pozwoliłabym ci zamknąć dłoń
?nawet, gdybym miała w niej umrzeć?

 

 

Trzy pytania do? pielęgniarki Ewy Kwiatkowskiej

Jak przetrwać upały?
? Unikamy słońca, szczególnie od 10.00 do 18.00
? Pijemy dużo soków i wody mineralnej niegazowanej
? Nosimy przewiewne ubrania
? Chronimy głowę i oczy
? Używamy kremów z wysokim filtrem
? Nie pijemy alkoholu
 

Jak powinny zachowywać się osoby chore i starsze?
? Unikają wychodzenia w czasie upałów
? Piją więcej, do trzech litrów wody dziennie
? Przebywają w pomieszczeniach klimatyzowanych lub dobrze wietrzonych
? Nawilżają otoczenie
? Nie wykonują męczących prac
 

Jak udzielić pomocy w przypadku udaru słonecznego?
? Kładziemy osobę w zacienionym miejscu
? Robimy okłady z zimnej wody
? Jeśli jest przytomna, podajemy coś do picia
? Jeśli jest nieprzytomna lub majaczy, wzywamy pogotowie
 

Agata Szewczyk

 

Trochę Foto-wspomnień:









 

Mamy profil na Facebooku

1% dla Funkcji Arka

Przekaż nam 1%
ze swojego rozliczenia
podatkowego.

Pomóż Nam Pomagać...

logo oppNasza Fundacja to organizacja
pożytku publicznego.

KRS: 0000294020 

logo 1procent

 

   Czytaj więcej...

Spotkanie z Mistrzem

Drodzy Arkowicze!

Jest już dostępna płyta z tegorocznego spotkania w Pieczyskach. Zainteresowanych prosimy o kontakt z Fundacją. tel. 52 322 56 70

spotkanie 2014

Polecamy

WSPIERAJĄ NAS

Tyle osób nas odwiedza

Dziś 6

Wczoraj 34

W tym tygodniu 78

W tym miesiącu 476

Wszystkie wizyty 912322

Fundacja Arka na Facebooku

Fundacja Arka na Facebooku

Znajdź w tym portalu